niedziela, 28 października 2012

Prolog


Siedem lat wcześniej, wrzesień

D
om Dziecka w Legnicy pozostawiał wiele do życzenia. Obdrapane ściany, zniszczone ogrzewanie, nieszczelne okna. Właściciele nie mieli wystarczającej ilości pieniędzy żeby to naprawić. Starali się jak mogli, jednak budynek wyglądał coraz gorzej i gorzej, a oni załamywali ręce. Po jakimś czasie zdali sobie sprawę, że brak ogrzewania zaczyna odbijać się na dzieciach. Starali się na jakieś dofinansowania, jednak ani miasto, ani Unia nie chcieli nic dać. Wreszcie skończyły się ciepłe, letnie noce i zaczęła się jesień. Dzieci zaczęły narzekać na zimno. Wreszcie któryś z okolicznych sąsiadów zadzwonił do władz. Te przyjechały i wnikliwie sprawdziły Dom. Właściciele dostali nakaz usunięcia placówki. Dzieci miały zostać umieszczone w rodzinach zastępczych na czas tymczasowy lub „upchane” do innych placówek w innych miastach. Dostali nakaz wyniesienia się do trzech miesięcy…



            Pewnego dnia pod Dom Dziecka zajechał granatowy Citroen.  Z samochodu wysiadła młoda, może dwudziestoletnia kobieta. Rude włosy powiewały na wietrze, a bystre oczy rozglądały się uważnie. Ubrana była w niebieskie jeansy i zieloną kurtkę przeciwdeszczową. Poprawiła ciemne okulary na nosie i uważnie omijając wszystkie chodnikowe dziury skierowała się do drzwi placówki.
            Podwoje były duże, masywne. Zbudowane z metalu, ciężkie. Na brzegach miały delikatne zdobienia. Chroniły je trzy kłódki, niezbyt dobrej jakości. Mimo wszystko kobieta zauważyła, że drzwi dawniej musiały bardzo pięknie wyglądać.
            Nie pukając weszła do środka. Już od progu powitał ją wrzask biegających dzieci. Skrzywiła się lekko, lecz spokojnym krokiem, uważając na niektóre maluchy przeszła przez długi korytarz, mijając stołówkę i prawdopodobnie „salon rozrywkowy”, by zatrzymać się przy drzwiach z tabliczką Dyrektor. Zapukała głośno i nie czekając na zaproszenie weszła do biura.
            Ciemnozielone ściany, ciemne meble, stwarzały obraz profesjonalizmu. Wszystko było poukładane w harmonii. Prawdopodobnie tylko jeden element tutaj nie pasował, a mianowicie sam dyrektor. Wychudzony starszy pan, siedział w ogromnym czarnym fotelu przeglądając papiery. Gdy tylko stanęła w progu mężczyzna popatrzył na nią i uśmiechnął się szeroko.
            - Tak, tak, tak. Proszę spocząć. – wskazał ręką krzesło przed biurkiem. Kobieta skrzywiła się nieco i zdjęła papiery leżące na fotelu. – Tak, tak. Proszę to położyć na krześle. Ale, ale! Dlaczego pani się tak krzywi? Trochę bałaganu jeszcze nikomu nie zaszkodziło. – Biurko rzeczywiście było „troszkę” zabałaganione. Aż dziw, że sam właściciel tego bałaganu się w tym odnajdywał. – Jak pani godność?
            - My name is Polly Hero.
            - Oho! To pani chyba światowa kobieta, co? Anglia? Ameryka?
            - England – odchrząknęła. – Chciałabym… girl. I want to see a girl.
            - Ach, tak, tak. Jeszcze chwila, pani Hero. Mam tu gdzieś dokumenty adopcyjne… - mężczyzna schylił się i zajrzał pod biurko. Kobieta nie widziała, co tam robił, ale słychać było szelest przerzucanego papieru. Widać, że tam też było mnóstwo dokumentów. – O, jest, jest!
            Buum! Spod biurka doszedł Hero syk, a po chwili zobaczyła czerwonego na twarzy dyrektora. Trzymał się za głowę. Kobieta uśmiechnęła się lekko i wzięła do rąk dokumenty. Przejrzała je szybko, lecz kiedy zobaczyła, że wszystko jest napisane po Polsku zrezygnowała. Zajrzała tylko, czy nic nie jest napisane małym druczkiem, nie ma żadnych gwiazdek, kruczków czy haczyków i odłożyła papiery na biurko.
            - Pani tu podpisze. – wskazał jej zakropkowane miejsce i podał długopis. Gdy podpisała, dodał – Dobrze, chodźmy już zobaczyć dziewczynkę.
            - Let’s go.
            Wyszli z gabinetu dyrektora. Skręcili w lewo, przeszli na koniec zielonego korytarza i weszli drzwiami na prawo. Nie były to standardy porównywalne z angielskimi. Polly skrzywiła się widząc odklejone tapety. Zielone kwiatki odkrywały żyjącą część ściany.
            - Wie pani, nasze miasto nie daje nam zbyt dużych pieniędzy na prowadzenie ośrodka. Nasze dochody zawdzięczamy dzięki kulinarnym umiejętnościom mojego zastępcy… to oczywiście, myślę, zostanie między nami. Czyż nie? – mrugnął do niej i skręcił w kolejny korytarz. – Dostajemy też czasami jakieś ciuchy, czy jedzenie od pojedynczych rodzin, jednak są to najczęściej jednorazowe datki. Tak, tak, tylko dzieci, których rodzice nadal przysyłają pieniądze mają niejakie luksusy…
            Dyrektor stanął przed ostatnimi drzwiami w korytarzu i zapukał. Z wnętrza pokoju dobiegło ciche „Proszę” i weszli do pokoju. Był to mały, kwadratowy kącik. Ściany oklejone były niebieską tapetą. Na środku leżał stary podziurawiony dywan, był koloru pomarańczowego. Na oknie wisiały firany również tego koloru. Po prawej stronie znajdowała się komoda, a na niej szklane terrarium.
Obok łóżka, przed oknem, stała dziewczynka. Jak na swój wiek była dość wysoka, szczupłej budowy. Śniada cera wyraźnie odznaczała się na tle pstrego pokoju, a długie, ciemne włosy jeszcze potęgowały to wrażenie. Na sobie miała wytarte spodnie i bluzeczkę w czarno-białe paski. Na nogi założyła adidasy. Okrągła twarzyczka patrzyła z zainteresowaniem na przybyłych gości.
- Martyna! – wykrzyknął dyrektor. – Spakowałaś się?
„Martyna, jak miło.” – stwierdziła z ulgą Polly. – „Przynajmniej wiem jak się nazywa.” Przeczesała ręką włosy i spojrzała na niewielką walizkę, którą wskazała dziewczynka. Szeroki uśmiech, który zagościł na jej twarzy przy wejściu do pokoju, zmienił się w wyraz zażenowania. W porównaniu z ubraniami Polly, sama walizka przedstawiała się nieciekawie, choć Hero nie ubrała nawet swoich najlepszych ubrań. Można by stwierdzić, że dziewczynka była jednym z tych dzieci, które „odziedziczyły” śliczne pokoiki po poprzednich lokatorach, ale jej dobytek nie był zbyt bogaty. Kobieta podeszła do dziewczynki i kucnęła przy niej.
- Cześć Młoda – powiedziała z uśmiechem. Uśmiechem, który przykrywał zażenowanie, strach, obawę - i ciekawość.  – Jestem Polly, miło mi cię poznać.
- Dzień dobry pani. – skinęła głową, a na jej twarzy zakwitł niewinny uśmiech. Zadziwiające! Wszyscy dzisiaj się uśmiechają.
- Tak, tak. To jest pani, która cię zabierze – powiedział dyrektor. – Weź swoją walizkę i chodź za mną.
Idąc do wyjścia Martyna niemal potykała się o swoje rzeczy, jednak dyrektor ani razu na nią nie spojrzał, ani nie pomógł jej nieść. Hero musiała wreszcie sama wziąć od dziewczynki walizkę i donieść ją do drzwi. Trzeba było przyznać, że nie była zbyt ciężka.
Dyrektor otworzył drzwi wejściowe i odprowadził je do samochodu. Tam, pożegnał się i odszedł szybkim krokiem. Kobieta wrzuciła walizkę dziewczynki do bagażnika i usiadła za kierownicą. Zapięła pasy i ruszyła.
- Mamy długą drogę do pokonania – stwierdziła. – Jeśli chcesz, to możesz się przespać, niedługo nie będziesz miała za bardzo na to czasu.
Spojrzała we wsteczne lusterko. Dziewczynka siedziała ze spuszczoną głową, nogi ułożyła w trójkącik i skubała brzeg bluzki. Skinęła głową i ułożyła się wygodnie. Zamknęła oczy, lecz Polly nie wiedziała, czy zasnęła. W każdym razie tylko głęboki oddech sprawiał, iż można było stwierdzić, że śpi.
            Dwie godziny później wsiadły do samolotu.


~~


            Chłodne powietrze owiało jej zarumienione policzki. Uśmiechnęła się do dziewczynki trzymającej ją za rękę. Pociągnęła ją za sobą w dół schodów prowadzących na lądowisko. Ach, jak miło było wreszcie wyjść z samolotu! Nadal czuła zapach taniego wina, które popijał w trakcie lotu pasażer siedzący obok niej. Obrzydliwe. Polly skrzywiła się i skierowała się po odbiór bagaży. Dziewczynka szła obok niej. Właśnie, dziewczynka. Właściwie, to powinna nazywać ją po imieniu, ale te polskie imiona były zbyt długie. Szczególnie jej. Najgorsze, że nie dało się go skrócić! Cóż… mówi się trudno. Co do samej dziewczynki to lot się jej chyba bardzo podobał. Buzia się jej śmiała (nawet kiedy samolot się wzbijał!), a wszelkie udogodnienia zainstalowane przy fotelach wręcz ją fascynowały. Teraz tęsknie zerkała na samolot.
            - Spokojnie – powiedziała kucając. – Jeszcze nie raz się takim przelecisz.
            - Na pewno? – spytała tęsknie dziewczynka, zerkając na maszynę. – Fajnie.
            - To teraz chodźmy po nasze bagaże – podniosła się i podała jej rękę. – Poznasz paru fajnych ludzi. – mrugnęła do niej okiem.
            Martyna zaklaskała i chwyciła ją za rękę. Odebrały bagaże i wsiadły do taksówki, która zawiozła je na kraniec miasta. Tam Polly zapłaciła daną należność taksówkarzowi i obie wysiadły.
            Ujrzały przed sobą dom. Dom, który był tak ogromny, że aż trudno go było nim nazwać. Polly najchętniej nadałby mu miano pałacu. Na zewnętrznej ścianie był pokryty czerwoną cegłą. Dwa duże okna sprawiały wrażenie, jakby dom obserwował przyjeżdżających do niego ludzi. Był jednopiętrowy, ale długi i szeroki. Weranda była pomalowana na biało, stało tam kilka drewnianych krzeseł i stół. Prowadziła tam alejka wzdłuż drzew.
            Polly spojrzała z zachwytem na budynek. Zawsze, kiedy tutaj przyjeżdżała, robił na niej ogromne wrażenie. Nie sądziła żeby cokolwiek mogło mu się równać. To samo dotyczyło się jego mieszkańców. Nie potrafiła wyobrazić sobie tego budynku bez tych osób. Felicja, Rebecca, Ben, Mortimer. Niezastąpieni ludzie…
            Otrząsnęła się z rozmyślań i spojrzała na Martynę. Była tak samo zachwycona, jak ona, gdy pierwszy raz ujrzała ten pałac. Zaśmiała się cicho pod nosem. Trudno za pierwszym razem ogarnąć coś tak niesamowitego. I tak ogromnego, bowiem cała posiadłość miała mniej-więcej powierzchnię trzech hektarów.
            - Chodź, idziemy – powiedziała wskazując jej ogromne, drewniane drzwi. Dziewczynka skinęła głową. Wchodząc po skrzypiących schodach jej oczy nie przestawały się poruszać. Oglądała piękne rzeźbienia w drewnianych poręczach, piękne kwiaty w donicach, aż wreszcie całe drzwi, które były niemal trzy razy większe od niej (a trzeba dodać, że mierzyła ledwo 3,5 stopy).
            Polly stuknęła dwa razy kołatką i odsunęła się kilka kroków. Po chwili rozległ się dźwięk otwieranych zamków i drzwi się otworzyły. W progu stanął niewysoki mężczyzna, był chudy o haczykowatym nosie i okularach wiszących na jego koniuszku. Resztkę mysich włosów zaczesał na łysą stronę głowy.
            Widząc gości skrzywił się nieznacznie, jednak uprzejmym gestem zaprosił je do środka. Patrzył przy tym takim świdrującym wzrokiem, że Martyna, na którą ten wzrok był skierowany, zarumieniła się i opuściła wzrok na swoje adidasy.
            - Przestań – syknęła Polly. – Tylko ją peszysz.
            Mężczyzna wzruszył ramionami i poprowadził je do środka domu. Trzeba było przyznać, że wystrój wnętrza, tak samo jak na zewnątrz był imponujący. Korytarze były pomalowane w ciemnej tonacji, jednak duża ilość obrazów powieszonych na ścianach rozjaśniały wnętrze, jednocześnie dodając mu powagi. Obrazy przedstawiały głównie krajobrazy, jednak pojawiały się gdzieniegdzie sceny z polowań, walk, czy uczt. Ich ramy były złote, a przynajmniej tak wyglądały, bogato rzeźbione. Na każdym korytarzu pomiędzy kilkoma drzwiami wisiało ich kilka – niby opowieści.
            - Gdzie nas prowadzisz? – spytała Polly.
            Mężczyzna zrobił ruch ręką jakby chciał coś wyjąć z kieszeni, lecz zaraz pokiwał głową i sięgnął do drugiej, z której nic nie wyjął.
            - Ach, mogłam się domyślić, że Niezdecydowany Książę nas zaprosi jako pierwszy! – mruknęła do dziewczynki. – Może patrząc na niego tego nie zobaczysz, ale był bardzo podekscytowany wiedząc, że tutaj przyjedziesz. – wzięła ją za rękę. – Oczywiście nie mógł się zdecydować, gdzie cię przyjąć…
            Martyna patrzyła na nią swoimi dużymi oczami nie za bardzo rozumiejąc, co do niej mówiła. „To zrozumiałe” – powiedziała sobie Polly. – „Znajduje się w nowej sytuacji. Do tego nikt oprócz mnie i tego starego zgreda obok, nie zna ani jednego słowa po polsku.” Westchnęła ciężko. Jeszcze dużo pracy przed nimi.
            Nie miała jednak czasu na więcej rozmyślań, bo oto właśnie doszli do końca jednego z rozwidleń Głównego Korytarza. Na samym końcu były drzwi, zwykłe – z ciemnego drewna. Mężczyzna, który ich tam prowadził, zapukał trzykrotnie, przepuścił Polly i Martynę, i zamknął za nimi drzwi.
            Wnętrze pokoju było utrzymane w różnych odcieniach niebieskiego. Jednak mało go było widać, bo prawie całą powierzchnię ściany zajmowały regały z książkami. Ściana pod oknem była jedyną niezastawioną półkami. Stało tam dwuosobowe łoże z baldachimem, oczywiście niebieskie. Obok szafka nocna i fotel. W owym fotelu siedział mężczyzna. Miał sięgające ramion blond włosy. Ubrany był w długą, czarną szatę z kapturem. Piwne oczy spoglądały na gości wesoło.
            - Proszę, proszę! – wykrzyknął. Polly jak zwykle zachwyciła się jego głosem. Był piękny. Melodyjny i jakby stworzony dla osoby z nie z tego świata. – Toż to ta słynna dziewczynka!
            - Cześć Ben – przywitała się Hero. – Jak widzę, nic się nie zmieniłeś, choć w twoim pokoju chyba przybyło trochę książek, co?
            - Hmm… może trochę? – zamyślił się na chwilę. – Ale teraz chcę porozmawiać z tą uroczą damą! Jak masz na imię, dziecko?
            Martyna spojrzała pytająco na Polly. Biedna dziewczynka niestety nic nie rozumiała z paplaniny Bena. „Może to i dobrze?” - pomyślała Polly. Jednak wzruszyła tylko ramionami i zwróciła się do mężczyzny z tymi słowami:
            - Ona nic nie rozumie po angielsku.
            - Co? Nie nauczyłaś jej?! – wykrzyknął oburzony. Swoją drogą, lubił dużo krzyczeć.
            - A kiedy miałam to zrobić?! Nie dalej jak wczoraj się o niej dowiedziałam!
            Ben zamilkł, jednak na jego twarzy nie malował się już uśmiech, ale złość. Marszczył czoło, a usta rozciągnęły mu się w grymasie niezadowolenia.
            - Myślę, – zaczął spokojnie. – że powinnaś pójść teraz do Felicji. Ona ci doradzi co masz zrobić.
            - Gdzie ją znajdę? – spytała unosząc podbródek.
            - Jest w jadalni, razem z resztą.
            Polly skinęła głową i razem z Martyną wyszły odprowadzane złośliwym wzrokiem Bena. Po tym niemiłym zajściu skierowały się z powrotem na Główny Korytarz i przeszły nim do samego końca. Skręciły w prawo i Polly otworzyła podwoje do jadalni.
            Było tam jaśniej niż w korytarzu lub pokoju Bena. Duże okna wpuszczały promienie słoneczne, które padały na szklane talerz i kubki odbijając światło na ściany. Przy dużym stole siedziały trzy osoby. Dwie kobiety i mężczyzna. Kobiety były podobne do siebie, obie miały burzę płomiennorudych włosów na głowie. Obie również były opalone, lecz ich szaty różniły się kolorami. Jedna miała zieloną, druga – brązową. Mężczyzna zaś był ubrany w równie czarną szatę, jak jego włosy. Twarz miał trójkątną, a oczy duże i zielone. Wszyscy troje patrzyli z zaskoczeniem na przybyłych gości.
            - Polly? Co ty tutaj robisz? – odezwała się kobieta w brązowej szacie piskliwym głosem. – Nie miałaś przyjechać dopiero jutro?
             - Załatwianie formalności zajęło mi mniej czasu, niż myślałam. – odrzekła z uśmiechem. –Och, ale ja się za wami stęskniłam!
            Podbiegła do kobiety i uścisnęła ją z całych sił. To samo zrobiła z pozostałą dwójką.
            - Udusisz mnie…! – powiedział mężczyzna krzywiąc się w uścisku Polly.
            - Boże, przepraszam! – przestraszyła się wypuszczając go z objęć.
            - Dobra, nieważne. Przedstaw nam raczej swoją towarzyszkę. – uśmiechnął się i wskazał głową na Martynę.
            - Ach, zupełnie o niej zapomniałam – zaśmiała się nerwowo. – Więc tak… to jest Martyna. To ta dziewczynka, o której wam opowiadałam. – teraz zwróciła się do dziewczynki (po polsku). – Martyna, to jest Felicja, – wskazała na kobietę w brązowej szacie. – to jest Rebecca – kobieta w zielonej szacie. – i ten tutaj dziwny pan, to Mortimer.
            Martyna skinęła wszystkim głową i uśmiechnęła się nieśmiało.
            - Dzień dobry – powiedziała.
            - Kochane dziecko! – Rebecca zachwyciła się składając ręce. – Ale co ona powiedziała?
            - Em… - zająknęła się Polly. – Bo to jest właśnie ten problem, który chciałam z wami omówić… jakby to powiedzieć… ona… hm … nie mówi po angielsku…
            - To chyba nie jest takie straszne, co? – zdziwił się Mortimer.
            - No niby nie, ale zanim nie nauczy się języka będę jej potrzebna ja albo Joseph… jako tłumacze.
            Nagle drzwi jadalni otworzyły się ponownie. Do Sali wbiegł Ben trzymając fiolkę z czerwonym płynem. Niósł ją obiema rękoma, jakby bojąc się, że może ją upuścić. Na jego twarzy nie było już złości. Zafascynowany patrzył w szkarłatną ciecz i uśmiechał się promiennie.
            - Mam! Znalazłem! – krzyczał od progu. Podbiegł szybko do Polly i pomachał jej buteleczką przed oczami. – Ha! To idealne rozwiązanie! Jak tylko dziewczynka wypije ten eliksir, to nauczy się mówić tak płynnie po angielsku jak żadne z was nie gada!
            Zaśmiał się rubasznie, a Polly wydawało się nawet, że zobaczyła w jego oczach chęć odtańczenia dzikiego tańca radości. Nie potrafiła powstrzymać uśmiechu na tę myśl.
            - Jesteś pewien, że to bezpieczne? – Rebecca zawsze była sceptycznie nastawiona do pomysłów Bena. – Nie wyrośnie jej grzyb na głowie, ani ogon?
            - Zapominasz chyba, Rebecco, że jeszcze żaden wynalazek skonstruowany przeze mnie (oczywiście z małymi wyjątkami, ale to się zdarza każdemu!), nigdy nikomu nie zaszkodził.
            Kobieta popatrzyła na niego zimno i odsunęła się do tyłu. Chciała chyba zaznaczyć, że nie podoba się jej ten pomysł. Tymczasem Ben podszedł do zdezorientowanej Martyny i gestem poprosił żeby Polly wytłumaczyła jej, o co chodzi.
            - Martynko, teraz damy ci pewien napój. – mówiła. – Ty się go napijesz i poczujesz się zdecydowanie lepiej, tak?
            Dziewczynka skinęła głową i wzięła niepewnie fiolkę z rąk Bena. Powąchała ją, jednak mimo odrzucającego zapachu, zatykając nos, przechyliła buteleczkę i wypiła do dna. Odetchnęła głęboko. Potem wzdrygnęła się, a przez jej ciało przebiegło kilka czerwonych robaczków. Otworzyła zamknięte oczy i uśmiechnęła się.
            - Co to było? – spytała po angielsku.
            - Świetnie! – powiedziała Felicja. – Już mówi.
            - Tak – pokiwał głową Ben. – Dodatkowo zna także japoński, włoski i hiszpański.
            - Niesamowite… możemy więc zacząć naukę! – wykrzyknęła Polly i uściskała Martynę.


Tak oto zaczęła się moja niesamowita historia.


~~


Tak! Wreszcie skończyłam ten, trochę przy długi, prolog ;p Szczerze mówiąc, chciałam wygłosić tutaj jakąś przy długaśną mowę, ale chyba nic z tego nie wyjdzie, bo mój zasób słów wyczerpałam w powyższym tekście xD Więc życzę miłego, mroźnego dzionka, bo za oknem śnieg! Łiii!